Mamy dzisiaj: wtorek, 06 grudnia 2022
 
 



Znajdź w katalogu
Autor sztuki:
Tytuł sztuki:


Aktualność
2013-01-28
Czy polski teatr dziecięcy przygotowuje młodych odbiorców na spotkanie z naprawdę ambitnym repertuarem?


Na bogato

Czy polski teatr dziecięcy przygotowuje młodych odbiorców na spotkanie z naprawdę ambitnym repertuarem? - po spektaklu "Pręcik" w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu pyta Justyna Czarnota z Nowej Siły Krytycznej.

"Pręcika" oglądałam pomiędzy "O dobru" Strzępki i Demirskiego oraz "Ślubem" Wodzińskiego. Czemu o tym piszę? Bo takie sąsiedztwo bezlitośnie obnaża słabość toruńskiej realizacji. Uświadamia, że polski teatr dziecięcy nie przygotowuje młodych odbiorców na spotkanie z naprawdę ambitnym repertuarem. Nawet jeśli reżyserzy w spektaklach dla dzieci podejmują trudne tematy, robią to w sposób zachowawczy i nieprzystający do współczesnego języka teatralnego. Krytyka zaś niechętnie pisze o artystycznej i estetycznej stronie tych spektakli.

"Pręcik" Maliny Prześlugi mówi o śmierci dziecka. Autorka odpowiada o ludzkim odchodzeniu z perspektywy kilku przedmiotów na co dzień otaczających Dziewczynkę: Kapci, Poduszki, Budzika, Misia Łysego Joe, które orientują się, że jej nie ma. Z początku cieszą się, że nie muszą wykonywać swoich codziennych zadań, ale szybko zaczynają tęsknić za właścicielką.

Spektakl Lisowskiego cechuje wyrazista trójdzielna struktura. Pierwsza część ma miejsce w domu, druga przedstawia emocjonującą podróż w torbie podróżnej (jest rozgrywana na proscenium, bo za kurtyną odbywa się zmiana dekoracji), w trzeciej przenosimy się do szpitala. Przestrzenie zarysowano szkicowo (łóżko, stolik czy szafka), jednocześnie mocno ze sobą skontrastowano. W domu jest swojsko i kolorowo (zielona pościel, różowe kapcie), w szpitalu - biało i sterylnie, nawet przerażająco, zważywszy, że scena została przearanżowana i widzowie obserwują wydarzenia z góry - z sufitu, czy też z nieba (wrażenie jest tym silniejsze, że od początku spektaklu scena pokrywa się chwilami wizualizacjami chmur). Zastanawiające, że przed wyjazdem do szpitala wszystkie przedmioty-bohaterowie zmieniają się wizualnie i stają się białe. Nie wydaje mi się to szczególnie trafionym konceptem - dlaczego tak się dzieje i czemu ma to służyć?

Lisowski próbuje grać perspektywą - przedmioty są znacznie większe, gdy pojawiają się na pierwszym planie. Dzieje się tak w przypadku jedynie części postaci, a i tu momentami koncept po prostu zostaje porzucony. Dużo lepiej wypada animacja przedmiotów widzianych z oddali. Różowe kapcie to niezwykle atrakcyjne wizualnie lalki. Po chwili zmieniają się jednak w papucie wielkości człowieka, którymi trudno zgrabnie poruszać. Gdy aktor wcielający się w Budzik pojawia się na pierwszym planie, ma nałożony na szyję... okrągły kołnierz z cyferblatem. Piszę "aktor wcielający się", bo wykorzystywana jest również gra żywoplanowa. Krzysztof Parda jako Miś od początku ma na sobie włochaty kostium, a w scenie szpitalnej Krzysztof Grzęda i Edyta Soboczyńska, czyli Kapeć i Kapciowa, wkładają na siebie odpowiedni strój w kształcie laczków (w podeszwie wycięto otwory na twarze i dłonie, co wygląda po prostu idiotycznie). Wszystko to powoduje kompletny misz-masz stylistyczny, okraszony dodatkowo wizualizacjami, przykrywającymi od czasu do czasu sufit widokiem niebieskich chmur, czy kolorowych wzorów. Skromny, prosty tekst przyozdobiono bogatą warstwą plastyczną, co i rusz dbając o zaskakiwanie młodych widzów kolejnym efektem. Skutkiem tego gubią się sensy. Reżyser słabo stopniuje emocje, zabrakło mi - jakkolwiek to nie brzmi - pogłębienia psychologicznego postaci, pokazania dezorientacji bohaterów, gdy odkrywają, że nie ma z nimi Dziewczynki. Lisowski wydobywa natomiast - nie bardzo wiem, w jakim celu - wątek miłosny: sympatię Poduszki do Łysego Joe.

W świat spektaklu wprowadza muzyka (grana na żywo), która rozlega się na długo przed odsłonięciem kurtyny i pełni rolę nie tylko przewodnika, ale nawet strażnika tematu. Smutna, sentymentalna melodia towarzyszy właściwemu początkowi spektaklu, czyli pojawianiu się na widowni Dziewczynki. Ubrana w koszulę nocną, błądzi, wydaje się nieobecna, od początku przynależąca do innego świata. Powróci w końcowej scenie - blada i bezwolna będzie leżeć na Smutnym Łóżku. Ten zabieg decyduje o charakterze spektaklu, bo reżyser skupia uwagę widza właśnie na człowieku, a nie na przedmiotach. Tymczasem wyjątkowość tego tekstu leży w nietypowej perspektywie, jaką jest spojrzenie rzeczy nas otaczających. W Toruniu z intymnego i subtelnego dramatu traktującego o bezradności w momencie czyjegoś odejścia, ale także potrzebie doceniania codzienności, zwykłych małych sytuacji powstał rozbuchany estetycznie spektakl.

***

"Pręcika" czytałam przed pójściem na spektakl. Dlatego interesował mnie pomysł na inscenizację tego tekstu, a nie sama tematyka przedstawiania. Tym bardziej, że cechą dramatów Prześlugi jest brak wpisanej w nie wizji reżyserskiej, co daje ich interpretatorom niezwykłe wprost możliwości (wystarczy spojrzeć choćby na realizacje "Najmniejszego balu świata" w różnych teatrach!). Wielu recenzentów podkreśla, że Zbigniew Lisowski przełamuje tabu, podejmując w tym spektaklu temat śmierci. Właściwie powinni precyzować: tabu śmierci dziecka, bo przecież o umieraniu traktował też "Pod-Grzybek" Marty Guśniowskiej wystawiony w Baju Pomorskim (i kilku innych teatrach). Tyle że samo podjęcie ważnego problemu wiosny nie czyni. O współczesnej dramaturgii dla dzieci i młodzieży poważnie rozmawia raczej wąskie grono osób. W publicznych sytuacjach ciągle zatrzymujemy się na etapie zachwytu nad wystawianiem w teatrze niedawno powstałych tekstów, szczególnie tych podejmujących trudne tematy. Publicznymi sytuacjami określam, szczerze mówiąc, gównie głosy recenzentów lokalnej prasy, w pismach branżowych rzadko starcza miejsca na pisanie o teatrze dla młodych widzów. Liczyłam, że stan ten zmienią recenzje jurorów Konkursu na wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Nic podobnego się nie stało, a piszący najczęściej o teatrze dziecięcym Andrzej Lis z reguły podkreśla zalety twórczości Marty Guśniowskiej i Maliny Prześlugi. Tymczasem trzeba prowokować dyskusję o wartości artystycznej realizacji ich tekstów. Rozmawiając o "Ślubie" można zastanawiać się, jak interpretuje Gombrowicza Wodziński, a mówiąc o "Pręciku", trzeba cieszyć się, że Lisowski w ogóle go wystawił?! Czy to nie głupie założenie?

Justyna Czarnota
Nowa Siła Krytyczna
26-01-2013

 źródło: http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/154860.html




powrót