Mamy dzisiaj: czwartek, 08 grudnia 2022
 
 



Znajdź w katalogu
Autor sztuki:
Tytuł sztuki:


Aktualność
2013-01-02
Recenzje spektaklu "Pręcik" (na podstawie tekstu Maliny Prześlugi) w Teatrze Baj Pomorski.


Kiedy gaśnie pręcik i nadlatują motyle…

 

Śmierć na scenie Baja?

 

 

Podczas gdy w Polsce temat choroby, śmierci w sztuce dla dzieci ciągle jeszcze stanowi tabu, w Austrii, Szwajcarii, Holandii, a zwłaszcza Danii już od dawna mówi się na ten temat. Bo przecież, czy tego chcemy czy nie, dziecko ze śmiercią się styka, choćby kiedy w domu umiera jakieś zwierzątko, czy też gdy odchodzi ktoś z rodziny. Ale choć widzi ono śmierć, odbiera ją głównie poprzez emocje. A trzeba pomóc mu ją zrozumieć.

 

Znakomitą płaszczyzną do takiego dialogu jest właśnie teatr. Oddziałując w dużej mierze poprzez wizualizację, jest on w stanie pokazać to, czego nie da się ująć w słowa. W 1990 roku, założony przez Sylwię Deiner i Tinę Krig - Fondus Theater w Hamburgu, wystawił sztukę „Silniejszy od słońca”. Po tym spektaklu zorganizowano cykl spotkań z rodzicami, psychologami i dziećmi. Reakcje młodych widzów po spektaklach i dyskusje upewniły, że jest to dobry kierunek działania.

 

Dramat Maliny Prześlugi „Pręcik” opowiada historię odchodzenia Dziewczynki w sposób bardzo bliski wyobraźni i percepcji dziecka, a inscenizacja Zbigniewa Lisowskiego w wysoce artystyczny sposób dopełnia to, czego do końca nie da się określić słowem. Ponieważ śmierć jest pojęciem abstrakcyjnym, rozmawia się o niej łatwiej przy wsparciu symboli wizualnych.

 

Kiedy zamykają się drzwi do foyer, wokół zaczynają płynąć chmury. Znak przemijania. Na suficie są jasne, przesuwając się w stronę kurtyny ciemnieją. Jakby zapowiadając żałobę. Ale już po chwili odsłania się przed nami scena z bajecznie kolorowym pokojem dziecinnym. W łóżku pod barwną kołderką śpi Dziewczynka (niema rola Dominiki Miękus). Nagle znika. Kiedy dzwoni budzik a Dziewczynka nie wstaje, zabawnie przekomarzające się wcześniej przedmioty zaczynają się niepokoić. Okazuje się, że ich właścicielka została zabrana do szpitala. Kapcie, Poduszka i Miś postanawiają ją tam odwiedzić. Wskakują do torby, w której zostają przeniesione do szpitala.

 

Tu tęczowe barwy zastępuje biel. W starożytnym Egipcie symbol śmierci, u chrześcijan kolorkojarzony z czystością, światłem, dobrem. Nie pomaga miłość i przywiązanie przedmiotów, Dziewczynka musi odejść. Tę decyzję bardzo kategorycznie, chłodno podejmuje Smutne Łóżko. Jedyna postać w spektaklu niekierująca się emocjami; ciekawie zagrana przez Mirosława Szczepańskiego.

 

Bohaterka ginie po drugiej stronie łóżka wraz z Misiem, jedyną oprócz niej istotą, posiadającą duszę - żarzący się w piersi pręcik, który teraz gaśnie. To, że odchodzi do nieba sugerują pojawiające się wokół dmuchawce, wcześniej motyle. Ale to odejście optymistyczne. Jedna z postaci, Kapciowa opowiada np. o tym, że kiedy skarpetka poszła do nieba, została tam stewardessą. Po odejściu Dziewczynki ze sceny znikają również zaprzyjaźnione z nią przedmioty. Jakby świat materialny przestał dla niej istnieć. Tam, dokąd zmierza, nie będą jej już potrzebne.

 

Humor, którego w inscenizacji przydano dramatowi wiele, bardzo pomaga dzieciom w percypowaniu tego trudnego tematu.

 

Inscenizacja każe postrzegać śmierć, jako część ludzkiego życia, jest filozoficzną opowieścią o nieodwracalności praw natury. Pozwala zrozumieć, że ludzka energia i wola mogą wiele zdziałać, ale są jeszcze prawa natury, albo wola boga, wobec której jesteśmy bezsilni, bo nasze życie podlega wyższym wyrokom. Związek człowieka z naturą pokazany jest w tej inscenizacji również poprzez odwoływanie się do motywów przyrody, jak śpiew ptaków, czy wspomniane już chmury, motyle, dmuchawce.

Pomimo trudnego tematu, przedstawienie Lisowskiego nie jest ponure. Ubarwia je humor, interesująca oprawa plastyczna, no i wspaniała muzyka Rafała Skoniecznego i Mateusza Jagielskiego grana na żywo, nie tylko doskonale oddająca emocje bohaterów, ale i komentująca zdarzenia, a niekiedy nawet polemizująca z nimi poprzez wywoływanie alternatywnych nastrojów.

 

Jednym z najważniejszych elementów tego przedstawienia jest znakomita, bardzo pomysłowa animacja przedmiotów codziennego użytku. To zasługa zarówno scenografii, jak i aktorstwa. Postaci budują tak artyści, jak i niezwykle pomysłowe rekwizyty. Np. Kapcie w różnych scenach różnych są rozmiarów, z różnych stron są ogrywane, wymagają więc bardzo urozmaiconej animacji. Podobnie Budzik. Raz jest mniejszy, raz większy, w zależności od miejsca, w którym Jacek Pysiak gra. Na proscenium np. jest tylko wielką tarczą.  

 

Aktorsko najciekawszą sceną jest kluczowa w interpretacji całego spektaklu kwestia wypowiadana przez Poduszkę, dotycząca sytuacji w zaświatach. Edyta Łukaszewicz-Lisowska oczarowuje tu liryzmem, emanując ciepłem, odpędza wszelki niepokój i strach, jaki mógłby kojarzyć się ze śmiercią.

 

Wzruszająco też w postać misia, Łysego Joe wciela się Krzysztof Parda. W humorystycznych scenach najlepiej prezentuje się Edyta Sobczyńska, jako Kapciowa, zwłaszcza podczas sprzeczek z Kapciem, którego też zabawnie gra Krzysztof Grzęda.

 

Wielkie brawa należą się Zbigniewowi Lisowskiego za ciekawą inscenizację, sprawną reżyserię, a przede wszystkim za odwagę sięgnięcia po trudny, nowy w polskim teatrze dziecięcym temat.

 

To piękne i mądre przedstawienie, na które naprawdę warto z dziećmi pójść.

 

Anita Nowak

 

 

 

malinowe bajki

 

 

 

Właśnie takie, trochę uwodzicielskie, delikatnie zalotne, liryczne, z wewnętrznym uśmiechem określenie przylgnęło już do jej bajek. Czyta się bowiem i ogląda nie inne, a właśnie malinowe bajki! Te niekoniecznie jeszcze gotowe do wystawienia, ale już z wszelkimi pomysłami, postaciami, z całymi światami wymyślonymi i przeczuwanymi. Z posłaniami i przesłaniami. Pomyślane z charakterem, znajomością wyobraźni najmniejszych, czuciem materii literackiego i scenicznego tworzywa. Wystawia się te malinowe bajki opowiedziane w dowcipnych, inteligentnych dialogach. Zapisane w żywotnych scenach, przepełnionych ciekawymi, oryginalnymi postaciami. Prowadzące przez niespotykane krainy i niecodzienne sytuacje. Zaczynają najczęściej swoje istnienia w niespodziewanych miejscach i prowadzą do nieoczekiwanych rozwiązań. Myśli się o malinowych bajkach jak o owocach zastanawiająco dojrzałych i nad wyraz smakowitych. I oczywiście nie znaczy to wcale, że te malinowe bajki to jakieś wyjątkowe cukierki, wyrafinowane przysmaki czy pachnące ciasta. To raczej dania o dość osobliwych właściwościach. Pachnące świeżością, odkrywczością smaków, uwodzicielskimi zapachami. Ktoś je wymyśla, przysposabia, podaje i na dodatek z uwagą śledzi ich działania i losy.  A ci, którzy je oglądają mają – o czym często mogłem się przekonać – pełne poczucie, że mówi się o ich sprawach, o ich świecie, ich wyobraźni, ich językiem. 
    Malina Prześluga ma wiele talentów. Skupmy się teraz na trzech z nich: na wybieraniu i konstruowaniu postaci, na dostrzeganiu i opisywaniu światów niespotykanych dotąd w bajkach, na wciąganiu najmłodszych odbiorców w nadspodziewanie poważny dyskurs o życiu, jakby nieproporcjonalny do bajkowej natury. Te przede wszystkim cechy pozwalają autorce na tworzenie własnego, oryginalnego świata. 
    W konkursach dotychczas mieliśmy jej cztery najciekawsze bajki. W tegorocznym Bajkę o Rozczarowanym Rumaku Romualdzie z Wałbrzycha w reżyserii Lecha Chojnackiego i Pręcik z Torunia w reżyserii Zbigniewa Lisowskiego. Ta pierwsza powstała najpierw jako opowiadanie. „Bajka o mnie? To musi być jakaś pomyłka.” Tak zaczyna swoją opowieść bohater, który nie wierzył dotąd, że może być bohaterem. Bo jakże by to  się miało stać skoro Rumak Romuald wyznaje, że jest rozczarowany. „A dlaczego jestem rozczarowany? Bo odbyłem już sto wypraw, wożąc stu różnych bohaterów z bajek (a musisz wiedzieć, że niektórzy są grubi i ciężcy), uratowałem dziewięćdziesiąt dziewięć królewien (bo jedna zakochała się w smoku i nie dała się uratować), a nikt nigdy o mnie nie pamięta! […] I nigdy mnie nie ma w napisach końcowych.” Chyba nie było aż tak źle skoro z opowiadania przedostał się za sprawa autorki na scenę. Zupełnie odwrotnie niż jakiś nieznany koń, za którego znany król w jeszcze bardzie znanej sztuce chciał dawać kiedyś królestwo! Ale tamten koń wiedział zapewne, że to oferowane królestwo jest mniej warte niż garść siana i na scenę się nie pofatygował. A koń Prześlugi i owszem. Jest. Z determinacją na scenie się pojawił, zechciał na niej pozostać i pokazać swój niezłomny charakter i czyn, który pomoże mu stworzyć z siebie prawdziwego bohatera. I nie dlatego, że dzielnie będzie zmagał się z drwinami, kpinami z docinkami postaci ze starych bajek, ale dlatego, że dopnie celu. Choć cel, jakim jest spieszenie na ratunek, zapewne jest szlachetny, to jednak okazać się może nie tak aż wielki jak to w bajkach często bywa. Ale może jego zrealizowanie samo w sobie jest największym wyzwaniem?  
Kiedy Urszula Raczkowska grająca Rumaka Romualda wkracza na scenę, z zamaszystym końskim ogonem na głowie, z małą drewnianą figurką konika na biegunach w ręku niczym z buławą, przytupując paradnie nogami jakby rozpoczynała defiladę, ma tak naprawdę przede wszystkim wielki strach w głosie i lęk w oczach. Wszystko co jest do zrealizowania przed nią wydaje się bardzo nieprawdopodobne. A jednak się udaje! A jeśli tam na scenie udaje się na przekór, to może i na widowni komuś z najmniejszych coś się uda. Jeśli bardzo w siebie uwierzy!
    Toruński Pręcik to niezwykła przypowieść o odchodzeniu opowiedziana z perspektywy kilku przedmiotów służących na co dzień małej dziewczynce. Dla pary kapci, budzika, poduszki, pluszowego misia każdy dzień życia z dziewczynką jest podobny do wczorajszego i podobny do jutrzejszego. Te same zajęcia. Rutyna codzienności. Jednak pewnego dnia okazuje się, że dziewczynki nie ma. I wtedy wszystko tak naprawdę się zaczyna.  W małe codzienne przyczajenia wkradają się niepokoje. Potęgują się rozmaite domysły, przypuszczenia, pytania, żale i nadzieje. Coraz bardziej nieuniknione staje się uświadomienie sobie najbardziej bolesnej prawdy, że może stało się coś najgorszego i mała bohaterka odeszła na zawsze. Reżyser opowiada najmłodszej widowni o czymś co naprawdę jest trudne do przekazania: o śmierci. Ale mówi – za Prześlugą – że aby tajemnica śmierci mogła być dotknięta, trzeba równolegle dostrzec dobrodziejstwa czułości, przywiązania, a może nawet miłości. Tylko w takiej równowadze człowiek najmniejszy i największy może egzystować. I tylko taka równowaga nie wywołuje paniki czy strachu, a daje szanse na zrozumienie. Tę piękną i mądrą bajkę zespół Baja Pomorskiego rozegrał z pełną świadomością tego co robi. Z godną szacunku konsekwencją, determinacją, starannością i kulturą. Na widowni czuło się, że wiedzą – choć przecież nigdy nie mogą być pewni – że wyszło!
    W konkursowych zmaganiach Prześluga dała się poznać najpierw Najmniejszym balem świata z poznańskich Animacji w reżyserii Janusza Ryl-Krystianowskiego. To było o buncie i gniewie najmniejszych, o wysyłaniu rodziców „w kosmos”. To oni, najmłodsi bohaterowie najlepiej wiedzą co jest dla nich dobre, a co złe. Co mają robić, a czego nie. A gadanie rodziców zawsze jest głupie i beznadziejne. Do momentu, aż ich zabraknie. A wtedy, najzupełniej niespodziewanie okaże się, że bez nich się nie da. Ani głupio ani mądrze. I wielką drogę trzeba wtedy odbyć, aby ich odzyskać. Ta dość prosta przypowieść miała niespodziewaną siłę oddziaływania. Stała się swoistym, nowym  przymierzem rodzinnym i… teatralnym. 
W ubiegłej edycji mieliśmy Blee… z rzeszowskiej Maski w reżyserii Laury Słabińskiej, wówczas studentki reżyserii w białostockiej Akademii Teatralnej. To mądra opowieść o tym, jak wykluczeni, zmarginalizowani, skazani na gorszy świat na „pętli” bohaterowie, odkrywają, że na tym wygnaniu, w więzieniu można poczuć się wolnym, a nawet spełnionym.  Nigdy nie jest łatwo uwierzyć w siebie, ale dla bohatera Prześlugi to zawsze jedno z najważniejszych wyzwań. I jedna z najpiękniejszych niespodzianek, kiedy udaje się temu wyzwaniu sprostać. To tak jak odkrywanie świata wtedy, gdy wszystko naokoło się zmieniło, ale przecież my wciąż w nim istniejemy. Czy rzeczywiście? Czy tylko pozornie? Czy więcej zależy od innych czy od nas samych? A może od odnowionych i na nowo odzyskanych relacji? Pytania z Blee… kierowane są w pierwszej kolejności do dziecięcej publiczności. Brzmią nieomal egzystencjalnie. I bardzo poważnie. Ale czyż nie najpoważniejszą widownią jest młoda widownia, szczególnie wtedy gdy traktuje się ją poważnie i rozmawia z nią na serio. 
Talenty Malina Prześluga ma niewątpliwe, ale i trochę szczęścia też. Należy do pokolenia wnuczek Krystyny Miłobędzkiej, Joanny Kulmowej, Jana Wilkowskiego i do sióstr Marty Guśniowskiej i Roberta Jarosza. Najwidoczniej co drugie pokolenie jest zdolniejsze. Miała od kogo się uczyć i ma z kim konkurować. Na sceny wprowadza ją, poza jednym bodaj spektaklem, pokolenie rodziców. Zapewne troskliwe, opiekuńcze, ale jak to często bywa, nie do końca rozumiejące własne artystyczne dzieci. Ale najlepiej ma nasz teatr dla najmłodszych, że pojawiło się w nim kilku bardzo zdolnych autorów. I trzeba się cieszyć, że teatr tak chętnie korzysta z tego dobrodziejstwa.
Nie w każdym bowiem czasie powstają malinowe bajki.

 

 

 

Andrzej Lis

 

 

Źródło: http://sztukawspolczesna.org/recenzja/2012-2013/73/malinowe-bajki

 

 



powrót