Mamy dzisiaj: wtorek, 06 grudnia 2022
 
 



Znajdź w katalogu
Autor sztuki:
Tytuł sztuki:


Aktualność
2011-12-15
O pisarstwie Marty Guśniowskiej w "Teatrze" .

LEKARSTWO NA ZŁO



Ostatnio sporo dyskutowano na temat sytuacji polskich dramatopisarzy, może więc warto zwrócić uwagę na konkretny przypadek - autorkę wybitnie utalentowaną i już znaną, choć nie tak szeroko, jak na to zasługuje. Marta Guśniowska (rocznik 1979) napisała dotąd pięćdziesiąt trzy sztuki, nie licząc okazjonalnych drobiazgów, piosenek do cudzych spektakli, tekstów dla studentów. Spośród nich, jak dotąd, dziewiętnaście zostało wystawionych w Polsce, cztery za granicą (Czechy, Słowacja i Węgry), a jedenaście opublikowanych - głównie w nieocenionych "Nowych Sztukach dla Dzieci i Młodzieży" wydawanych przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu pod redakcją Zbigniewa Rudzińskiego oraz w samodzielnej edycji: "Marta Guśniowska, Baśnie (sztuki dla teatru lalek)", wydanej przez Białostocki Teatr Lalek.

Wydaje się, że Marta Guśniowska należy do szczęściarzy. Jej talent dostrzeżono i doceniono bardzo wcześnie. Była członkiem Klubu Młodych Dramaturgów przy polskiej sekcji ASSITEJ, jej sztuki zdobywały nagrody i wyróżnienia w konkursie "Szukamy polskiego Szekspira" (1996, 1998, 2000) oraz w Konkursie na Sztukę Teatralną dla Dzieci i Młodzieży (2004, 2005, 2006). Przedstawienia wygrywały nagrody na festiwalach teatrów lalek, dostawały ATESTY (Świadectwa Wysokiej Jakości i Poziomu Artystycznego, przyznawane przez ASSITEJ). Guśniowską wyróżniano także w konkursach niezwiązanych z lalkami, jak w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej czy eliminacjach do Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Powstały już dwie prace magisterskie na temat jej pisarstwa (na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku Akademii Teatralnej w Warszawie), a szykują się następne. W recenzjach teatralnych niemal zawsze jej sztuki są chwalone - głównie za dowcip, mądre przesłania i oryginalne przetwarzanie wątków baśniowych. Autorce, dzięki pisarskiej aktywności i zamówieniom na sztuki oraz dzięki stałemu zatrudnieniu w Białostockim Teatrze Lalek na stanowisku dramaturga (od 2007 roku), udaje się to, co mało komu w jej wieku - żyć z dramatopisarstwa, które dodatkowo zyskuje na jej bliskim kontakcie ze sceną. W 2010 roku pisarka została uhonorowana Brązowym Medalem "Zasłużony Kulturze - Gloria Artis".

Po premierze sztuki "CDN" w Białostockim Teatrze Lalek (2008) Konrad Szczebiot pisał w "Teatrze": "Nazwisko autorki dramatu naprawdę warto zapamiętać. Potencjał jej talentu słusznie bywa porównywany do twórczości Jana Wilkowskiego czy Jeremiego Przybory, a powszechne uznanie w środowisku teatralnym wciąż nie przyszło z tego chyba tylko powodu, że tryumfalny pochód jej dramatów objął chwilowo jedynie sceny lalkowe" (K. Szczebiot, Do przerwy 2:1, "Teatr" nr 1/2009).

Jerzy Szerszunowicz, po lekturze sztuk wydanych przez BTL, napisał w artykule zatytułowanym Baśniopisarka: "Baśnie [...] Marty Guśniowskiej są dowcipne, zaskakujące i pouczające, poetyckie, wizjonerskie, a do tego zwięzłe. To literackie cacka, które zaciekawiają dzieci i wzruszają dorosłych. Wiem, co mówię - testowałem na żywych organizmach. (J. Szerszunowicz, Baśniopisarka, "Kurier Poranny" nr 144/2008).

Rzeczywiście, teatry lalek szybko poznały się na sztukach Guśniowskiej. Największym przebojem stała się "Baśń o rycerzu bez konia", której prapremiera odbyła się w Poznaniu (Teatr Animacji, reż. Janusz Ryl-Krystianowski, 2005), a potem wystawiły ją teatry lalek w Bielsku-Białej, Opolu, Warszawie (Baj), Wałbrzychu, Rzeszowie i Krakowie (Groteska). Siedem inscenizacji jednej sztuki w ciągu czterech lat (2005- 2009) - to doprawdy niemało.

Po trzy inscenizacje miały do tej pory sztuki: "O rycerzu Pryszczycerzu i królewnie Pięknotce" (Poznań, Szczecin, Rzeszów) i "Pod-Grzybek" (Białystok, Opole, Toruń). Po dwie: "Baśń o grającym imbryku" (Kielce, Opole), "Calineczka" (Opole, Bielsko-Biała) oraz "O mniejszych braciszkach św. Franciszka" (Opole, Warszawa - Guliwer). Dwanaście innych sztuk wystawiono jednokrotnie. Głównie dlatego, że teatry, znając już markę "Guśniowska", zaczęły sięgać po teksty nieznane, nowe, lub wręcz zamawiały sztuki na określony, potrzebny z jakichś względów, temat. Tak było na przykład w przypadku "Mikołaja Kropielnika" z Olsztyna (Olsztyn 2010), "Poznańskich koziołków" (Poznań 2010), "Tristana i Izoldy" (Bielsko-Biała 2010). Guśniowska z podobnymi zadaniami dobrze sobie radzi, niemniej dla rozwoju talentu pisarskiego pewnie byłoby lepiej, gdyby teatry sięgały po kolejne nowe sztuki autorki, zamiast oczekiwać pisarstwa pod presją narzucanych tematów.

Największym problemem wydaje się możliwość publikowania nowych sztuk, by mogło je poznać jak najszersze grono tak inscenizatorów, jak i czytelników. "Nowe Sztuki dla Dzieci i Młodzieży" nie są w stanie sprostać wszystkim potrzebom, znakomita strona internetowa www.nowesztuki.pl o tyle nie wystarcza, że publikuje streszczenia, a nie same teksty. Do "Dialogu" trudno się przebić sztukom o baśniowym charakterze, choć redaktor naczelny dał wyraz swojemu upodobaniu dla utworów Guśniowskiej (J. Sieradzki, Bezinteresowność, "Dialog" nr 10/2008). Zauważył też trafnie, że "do repertuarów trafiają najczęściej te najmniej rewolucyjne w formie".

Tak czy owak, nie jest źle, skoro dziewiętnaście sztuk miało swoje prapremiery, a jedenaście zostało opublikowanych, choć w wydawnictwach mało znanych lub trudno dostępnych (edycja BTL-owska w nakładzie trzystu egzemplarzy od dawna jest wyczerpana). Największy paradoks polega na tym, że tak dobra dramatopisarka pozostaje mało znana badaczom współczesnej dramaturgii i teatru "bezprzymiotnikowego" tylko dlatego, że jest związana z teatrem lalek, ciągle i ciągle, choć niesłusznie i niesprawiedliwie, spychanym do getta pod szyldem "kukiełki dla dzieci". Co więcej, jeśli dowiedzą się o Guśniowskiej specjaliści z Hollywood, uprowadzą ją do Ameryki i zaprzęgną do pisania scenariuszy filmowych w stylu "Shreka" - laureata Oscara i Złotej Palmy. Na razie warto poznawać twórczość Marty Guśniowskiej i chodzić do teatrów lalek, nawet jeśli się nie ma dziecka lub wnuka jako alibi. Po pierwsze warto, tak jak warto w dorosłym wieku czytać Grimmów, Andersena, Carrolla, Milne'a, Tove Jansson, Neila Gaimana czy Terry'ego Pratchetta, a po drugie warto, bo dzisiaj niemal każdy teatr lalek oferuje też spektakle dla dorosłych. Nie jest i nigdy nie był teatrem tylko dla dzieci.

Marta Guśniowska pisze dla młodszych i dla starszych ("Sukno Jeremiasza", "Doktor von Świnkensztajn", "Lis", "Sir Camembert" i inne), ale naprawdę - pisze dla wszystkich, bez względu na wiek. Większość jej sztuk ma strukturę wielopoziomową i jest atrakcyjna zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Wiele prac naukowych poświęcono baśni jako szczególnemu gatunkowi literackiemu - może najbardziej uniwersalnemu ze wszystkich, o najstarszych korzeniach, magicznym oddziaływaniu i odwiecznej żywotności. Guśniowska dołącza do zaszczytnego grona baśniopisarzy, choć uprawia ten gatunek po swojemu. Czerpie z baśni motywy, postaci, schematy fabularne, ale przetwarza je w szczególny sposób. Ma rozpoznawalny i charakterystyczny tylko dla niej styl. Czasem po prostu adaptuje znane tematy - do tej grupy należy "Calineczka", "Królewna Śnieżka", "Śpiąca Królewna" czy "Czerwony Kapturek". Częściej pisze nowe baśnie (tyle że w formie dramatu, nie epiki) - jak "Baśń o rycerzu bez konia", "Baśń o grającym imbryku", "Baśń o najlepszym królestwie", "Czarno na białym", "Król Żaglonosy" i wiele innych. Szczególnie lubi opowieści o rycerzach, których liczne wcielenia zaludniają wiele jej sztuk. Tak na przykład w "Baśni o rycerzu bez konia" testuje los rycerza pozbawionego kompletu przysługujących mu atrybutów (koń), w sztuce "Królestwo za dwie korony" konfrontuje różne modele rycerskości (a poniekąd różne modele męskości). W utworze "Sir Camembert" (niepublikowanym) to kobieta, przebrana za giermka, daje dowody prawdziwego męstwa i szlachetności, w odróżnieniu od rycerza - jej zarozumiałego, a tchórzliwego pana.

Sztuki Guśniowskiej poddają współczesnej lekturze tradycyjne motywy baśniowe. W historii "O Pryszczycerzu i królewnie Pięknotce" w zabawny sposób zostaje podjęty jakże aktualny temat znaczenia urody w życiu i karierze. Królewna już wie, że starający się o jej rękę adoratorzy: Królewicz Piękniewicz, Książę Bławatek i Baron Modniak widzą w niej tylko ładną buzię, więc przy pomocy czarownicy Wiedźmiły oszpeca się (zamienia zgrabny nosek na nochal) i w ten sposób testuje konkurentów. Wygrywa nieśmiały, pracowity i bardzo sympatyczny Pryszczycerz, zawsze ukryty pod przyłbicą z powodu krost na twarzy. On nawet nie zauważył, że w twarzy Pięknotki coś się zmieniło, bo dla niego zawsze była najpiękniejsza. Szczególne znaczenie w tej sztuce ma scena, kiedy Wiedźmiła sprawdza zalety Pięknotki - pracowitość, rozum oraz uczciwość. Tę ostatnią w taki sposób, że namawia dziewczynę, by razem podniosły przyłbicę Pryszczycerzowi, chwilowo znieruchomiałemu na skutek czarów, i zobaczyły nareszcie jego twarz. Pokusa jest duża i odczuwa ją także widownia. Tymczasem Pięknotka po chwilce wahania stwierdza: "on by bardzo nie chciał, żebyśmy to zrobiły". W ten sposób dziewczyna zdaje egzamin, a w stronę młodej (i starszej) widowni płynie cenna nauka o potrzebie szanowania cudzych uczuć.

W świecie wykreowanym przez Martę Guśniowską nie brak łotrzyków, durniów i złodziejaszków, ale zawsze dobro góruje nad złem, bo negatywni bohaterowie w gruncie rzeczy wcale nie są całkiem źli, raczej śmieszni, osobliwi, czasem zdziwaczali, zasługujący bardziej na współczucie, a nawet pomoc, niż na potępienie. Vlad Wampirkowski, owszem, jest wampirem, ale zarazem to poczciwy starszy pan (w wieku czterystu lat), nieprzystosowany do współczesności. Oszukuje go "krwiopijca" (!) Deweloper, nikt się go nie boi, dziewczyna psika mu w twarz pieprzowym gazem, a zaprzyjaźniony Nietoperz kradnie mu "wyjściowy garnitur" sztucznych zębów. Wilk z "Czerwonego Kapturka", o usposobieniu Byczka Fernando, ma toksyczną matkę domagającą się od syna krwawych polowań, jak przystało na wilka, bo "co ludzie powiedzą". Głównym bohaterem, a zarazem narratorem w sztuce "Król Calvados de Pomme de Terre" (niepublikowanej) jest płatny zabójca - uczciwy rzemieślnik i niemal sympatyczny człowiek w porównaniu z dworakami otaczającymi króla oraz w ogóle wszystkimi podstępnymi politykami walczącymi o władzę. Z kolei zły król może być dobrym ojcem, jak w baśni "O pięknej Delfinie, Rekinie i innych..."

Polna myszka z "Baśni o rycerzu bez konia" ma kompleksy, że nikt się jej nie boi, więc przebiera się za "krwiożerczego nietoperza", by się dowartościować. Poczciwy (i też zakompleksiony) Koń Bez Rycerza obiecuje jej, że się przestraszy - po przyjaźni. Bo w świecie sztuk Guśniowskiej zawsze największą wartością jest przyjaźń (Pingwina, Zebry i Myszy w "Czarno na białym", Kaszalota i Pchły w "Kaszalocie", Nońka i Komara w "Nońku") oraz jej trudna odmiana - miłość. Trudna, bo napada kogo chce, jak w przypadku Muchy do szaleństwa zakochanej w Koniu (który się od niej ogania) w "Baśni o grającym imbryku", albo która trwa mimo upokorzeń, jak uczucie Gęsi do zachwyconego sobą Koguta w sztuce "Psiakość".

Wszelkie pozytywne przesłania Guśniowskiej nigdy nie są nachalne, dydaktycznie zaplanowane, ideologiczne. Wręcz przeciwnie! Przeniknięte inteligentnym humorem, organicznie wypływają z najgłębszych pokładów osobowości autorki, z jej wizji świata i ludzi. U niej nawet śmierć nie jest niczym

złym ani groźnym, tylko przejściem (w towarzystwie miłej pani grającej na skrzypcach) do innego świata, na przykład Lisiego Raju w sztuce "Pod-Grzybek". W życiu każdej istoty (czy jest nią rycerz, karp, mucha, wampir, nietoperz, piranie, krewetka o nazwisku Sushi-San czy Homar - autor "Rybiady i Ostrygei") przydarza się mnóstwo niezwykłych i ciekawych rzeczy, warto zatem wychodzić temu życiu naprzeciw, cieszyć się nim samym oraz innymi żywymi istotami (czyli praktycznie każdym stworzeniem, także tym zrodzonym z fantazji), a nade wszystko mieć dystans do siebie, zdolność współodczuwania, rozumienia innych i dziwienia się światu.

Guśniowska w każdej ze swych sztuk pokazuje, że nie powinno się myśleć schematami. Smok może okazać się wegetarianinem, troskliwie hodującym niepotrzebne mu, a przynoszone przez zabobonny lud, owieczki. Rycerz może być tchórzliwy, a kobieta odważna. Piękna królewna może być mądra i dobra mimo swej urody, czarownica może być poczciwą zielarką (Wiedźmiła), a rozbójnik - czułym tatusiem malutkiego Zbójątka-Psujątka. Marta Guśniowska studiowała filozofię, a pracę magisterską napisała na temat: "Tao baśni. Elementy filozofii taoistycznej w wybranych baśniach chińskich". Coś jest na rzeczy.

Autorka nie tylko żongluje w nowy sposób tematami baśniowymi, ale też testuje wszelkie schematy - zarówno literackie, jak i myślowe. Tropi przesądy, drwi z uprzedzeń i utartych wyobrażeń po to, by pokazać ich nieprawdziwość lub absurdalność. Częściej skupia uwagę na odmieńcach niż modelowych reprezentantach, dowartościowuje oryginały i niespokojne duchy, które mają odwagę wyruszać w drogę, co stanowi fundamentalny chwyt baśniowy. Ale to jeszcze nie wszystko. Ogromnym walorem jej sztuk jest poczucie humoru i dowcip w najlepszym gatunku. Nie brakuje nam dziś sitcomowego rechotu. Humor Guśniowskiej jest inny - inteligentny, błyskotliwy i ciepły. Jest z gatunku "Kabaretu Starszych Panów" Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego oraz "Zielonej Gęsi" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Z "Zieloną Gęsią" łączy ją jeszcze poczucie teatralności. Guśniowska rozumie, zna i lubi teatr lalek - tę szczególną odmianę teatru, gdzie ożywionym bohaterem może być wszystko: Pegaz, skarpetka, wypchany kaszą kawałek filcu ("Kaszalot"), dusza umarłego lisa ("Lis", "Pod-Grzybek"), konik morski, smok, czy nawet człowiek. Tak jak Gałczyński obdarzył osobowością kurtynę, która a to opadała "dyskretnie", a to "opuszczała się kompletnie", a to "spadała i zabijała się na miejscu", tak u Guśniowskiej gadatliwa figurka Pegaza dokucza Dramaturgowi, a poetycko usposobiony Skarpet (męska odmiana skarpetki) wykrzykuje z szuflady grafomańskie wiersze ("CDN"). Melancholijny Noniek (stworzonko z długim nosem, które często mówi "no, nie...") w Biurze Rzeczy Znalezionych trafia na urzędników: Podrzędnika i Nadrzędnika, a potem, rozwijając przed sobą z rulonu drogę, dociera w Biurze Rzeczy Ukradzionych do Zrzędnika (który siedzi w pustce, bo wszystko ukradziono), a w ogóle to szuka swego dobrego humoru, podczas gdy detektyw Komar szuka zawieruszonej notatki, a Gąsienica - ochoty na jabłko.

Co prawda Marta Guśniowska inkrustuje swoje sztuki wierszykami i piosenkami, ale w zasadzie pisze prozą. Niemniej na każdym kroku widać jej szczególną wrażliwość na słowo, co zazwyczaj jest cechą poetów. Przygląda się świeżym okiem brzmieniom i sensom, bawi się skojarzeniami i językowymi pokrewieństwami wyrazów, wydobywa znaczenia potencjalne. Poetycki komizm słowny to jedna z głównych cech jej dramatopisarstwa. Autorka zderza różne stylistyki (dialogi Frydryka z Ocelotem w "Królestwie za dwie korony"), testuje brzmienia określeń nowych i starych (staropolskie stylizacje w "Sir Camembercie") oraz brzmienia wadliwe (sepleniący Zaskroniec w "Psiakościu"), nawet akcję sceniczną wyprowadza z gry słów (w Kaszalocie "nurtujące pytania" prowadzą do rzeki, bo ma "nurt"; poszukiwanie sensu słowa "kaszalot" kieruje bohaterów a to do wielorybów kaszalotów, a to do kaszy).

Sztuki Guśniowskiej wystawiali różni reżyserzy - od tak doświadczonych, jak Janusz Ryl-Krystianowski ("Baśń o rycerzu bez konia", "O rycerzu Pryszczycerzu", "Poznańskie koziołki"), Krzysztof Rau ("Pod-Grzybek"), Irena Dragan ("Baśń o grającym imbryku") czy Piotr Tomaszuk ("Lis"), po reżyserską młodzież, jak Agata Biziuk ("CDN", "Tygryski"), Ewa Piotrowska ("Pinokio") czy Jacek Malinowski ("Pod-Grzybek"). Swego rodzaju "specjalistą" od Guśniowskiej stał się czeski reżyser Petr Nosálek, który zrealizował aż sześć jej sztuk i pracuje nad kolejną. Od lat zadomowiony w Polsce Nosálek stwierdził w wywiadzie, "że Guśniowska to w tej chwili najlepszy dramatopisarz, jeśli idzie o teatry lalek, i że takiego talentu w jego ojczystych Czechach nie ma" (A. Machlik, Opole. Dzieciom o umieraniu - premiera w lalkach, "Gazeta Wyborcza - Opole" nr 224/2010).

Z drugiej strony faktem jest, że bodaj żadna z dotychczasowych realizacji teatralnych, nawet tych docenianych i nagradzanych, nie zdołała wyczerpać do końca możliwości, które daje tekst, wydobyć całego komizmu (zwłaszcza słownego), migotliwej barwności dziwnych bohaterów i wszystkich smaczków gry, jaka często toczy się między postaciami a ich animatorami, a nawet autorem. Bowiem nierzadko dziwaczni bohaterowie sztuk Guśniowskiej wdają się w dyskusje lub nawet poważne spory ze swym demiurgiem - lalkarzem, stwórcą i animatorem. Kaszalot wypomina krzywo narysowane oczy, Pchła zadaje mnóstwo niewygodnych pytań, a Lis awanturuje się o ocenę minionego życia i kolejne wcielenie ("byle nie w kurczaka!").

Nietypowo jak na dramat, w kilku sztukach Guśniowskiej występuje postać Narratora. To on snuje opowieść, której bohaterowie ożywają, ale zachowują świadomość faktu, że "są opowiadani", dlatego dialogują nie tylko między sobą, ale także z Narratorem, walcząc o treść opowieści i własne losy, kłócą się z nim, a czasem sięgają jeszcze wyżej - do Autora, który przecież wymyślił także Narratora. Mimochodem wkraczamy w problemy metaliterackie, a także metateatralne. Najciekawsze pod tym względem są sztuki "Kaszalot", "Noniek", "Lis" i "Sir Camembert". Poza "Lisem" (mocno odmienionym przez Piotra Tomaszuka w jego białostockiej realizacji) nie były one dotąd grane - i chyba to nie przypadek, stawiają bowiem realizatorom wysokie wymagania, zwłaszcza w zakresie sztuki aktorskiej i animacyjnej. Lista bardzo dobrych sztuk Guśniowskiej czekających na swoją prapremierę (większość - także na publikację) jest jednak znacznie dłuższa: między innymi zaprawiony ironią "Król Calvados de Pomme de Terre", filmowo panoramiczna baśń "O pięknej Delfinie, Rekinie i innych.."., drwiący z eksperymentów genetycznych "Doktor von Świnkensztajn", ujmujący "Psiakość" (to imię psa) czy przygodowy "Król Żaglonosy".

Pisarstwo Marty Guśniowskiej to zarazem baśń i teatr absurdu, a zawsze teatr fantazji, metafory, paraboli. Twórczość tak utalentowanej dramatopisarki powinna być publikowana, wystawiana i znana szerszemu gronu odbiorców, choć oczywiście nie każdemu będzie z nią po drodze, ale przecież im bardziej różnorodny ogląd świata, tym lepiej. Jej sztuki można by sprzedawać w aptekach jako lekarstwo na depresję i odtrutkę na zło świata.

Halina Waszkiel
"Teatr" 2011, nr 11



powrót